Rozdział 1- Śmierć cz. 2 - Aileen Desire Rivera
Śmierć i życie - to tylko orzełek i reszka tej samej monety.- Maria Noel
Siedziałam przy stole z łokciami założonymi na blacie, czekając na dźwięk dzwoniącego telefonu, który jednak milczał. Minęła godzina bezczynnego siedzenia i czekania. Nie miałam więcej czasu, lada moment zjawią się w domu moi rodzice a ich widzieć nie chciałam. Ospale się podniosłam i wzięłam jabłko z pełnej owoców misy. Zamknęłam dom i tak jak zwykle zostawiłam klucze pod wycieraczką. Niby taka banalna czynność a jednak to przez nią byłam w takiej sytuacji...Mogłam wtedy bardziej uważać.
Szłam ulicami Londynu, obserwując przypadkowych przechodniów. Pierwszy był mężczyzna, który wyprowadzał psa. Czyżby kazała mu żona? Albo dziewczyna...W każdym razie na pewno nie mieszkał sam. Żaden mężczyzna nie mieszkałby sam z psem to przecież oczywiste...no chyba, że jego żona umarła pozostawiając mu po sobie psa...Kolejną osobą jaką zobaczyłam był około czterdziestoletni mężczyzna. Miał na sobie długi płaszcz co od razu skojarzyło mi się z Nim. Zaklęłam pod nosem, nie zdając sobie sprawy z donośności mojego głosu.
-Kurwa.
-Wyrażaj się młoda damo.- spoglądał na mnie z wyraźną wyższością. Odwzajemniłam spojrzenia jednak ja spoglądałam na niego z rządzą mordu. Odsunął się ode mnie i poszedł dalej. Uczyniłam tak samo.
Byłam już w połowie drogi. Całą moją podróż umilała mi puszka, którą miałam przyjemność kopać już od piętnastu minut. Nagle poczułam w kieszeni wibracje. Ze strachem wyciągnęłam swój telefon komórkowy. Spojrzałam na ekran i wyświetlony numer. Ręka zaczęła mi drżeć a serce łomotać. Nacisnęłam czerwoną słuchawkę i z powrotem schowałam telefon do kieszeni spodni. Przyspieszyłam. Nie, to za mało powiedziane. Zaczęłam biec. Biegłam tak szybko, że prawie przewróciłam się o własne nogi. Wpadałam na wielu przypadkowych ludzi między innymi na szesnastolatki z wytapetowanymi ryjami, łysych facetów a także nudnych w każdym calu pracoholików. Odkąd pamiętam zawsze lubiłam obserwować innych i wymyślać różne historie na ich temat.
Wreszcie dotarłam. Otworzyłam drzwi niezauważalnie krzywiąc się na dźwięk dzwonków, oznajmiających przybycie klienta.
-Desire, przyszłaś wreszcie- spojrzałam kontem oka na słodką, blondwłosą dziewczynę stojącą za ladą. Była moją rówieśniczką. Nie przepadałam za nią. Zawsze była taka wesoła i beztroska. Pracowała w lombardzie swojego wujka aby zarobić kilka funtów, które będzie mogła przepuścić na różne szmaty z koleżaneczkami albo na koncerty swoich idoli. Znam dziewczyny takie jak ta. Ich jedynym problemem było to w co się ubrać i jakim lakierem pomalować sobie paznokcie żeby nauczycielki w szkole się nie czepiały...Ludzie tu mają poważniejsze problemy. Najchętniej dałabym im w twarz.
-Jest szef?- zapytałam oschle.
-Nie ma.- odparła jak zwykle rozpromieniona- Dzisiaj ja jestem szefową, fajnie prawda? Wujek mi zaufał i zostawił mi cały lombard pod opieką. Oczywiście dostanę podwyżkę. Jeżeli chcesz to pogadam z nim i może da ci tutaj pracę? Biorąc pod uwagę jak często tutaj zaglądasz musisz potrzebować pieniędzy, ale spokojnie, znam ten ból- posłała mi szczery uśmiech. Chyba.
-Powiedz wujkowi, że byłam.
-Dobrze, ale po co przyszłaś? Mogę ci w czymś pomóc?
-Nie. Na razie.- zamknęłam za sobą drzwi. Świetnie. No po prostu zajebiście! Palant był moją ostatnią deską ratunku i dobrze o tym wiedział, ale pewnie! Po co ma mi niby pomagać? Zdenerwowana usiadłam na ławce w parku. Boże, co ja teraz zrobię? Nie mam pieniędzy żeby gdzieś uciec, nie ma też do kogo uciec, nie mam też nikogo kto by mi pomógł...Zanim zdałam sobie z tego sprawę poczułam jak po moim policzku spływa coś mokrego. Zaczęło padać? Nie, to ja. Nie pamiętam kiedy ostatni raz płakałam. Dałam się ponieść. Już jestem martwa. Łzy spływały mi po twarzy coraz obficiej. Zaczęłam płakać. Przez łzy widziałam współczujące spojrzenia ludzi jednak nikt nie podszedł i nie zapytał co się stało. Wstałam z ławki i poszłam gdzieś przed siebie. Znów zaczął wibrować mi telefon. Był to ten sam numer co wcześniej. Postanowiłam odebrać, już i tak nic mi nie pomoże.
-Słucham?
-Ty dziwko! Wreszcie odebrałaś.- Przez dłuższą chwilę nic nie mówił tak jakby czekał na moją odpowiedz jednak ona nie nastąpiła więc dodał- Dzisiaj wieczorem na Skidmore Owins, będę czekał.
Rozłączył się a ja powolnym ruchem wsunęłam komórkę do kieszeni. Miałam jeszcze dużo czasu aby dojść do Skidmore Owins- budynku, na którym to wszystko się zaczęło. Tak, na którym. Chodzi o dach. Szłam tam powoli znów kopiąc przypadkowo znalezioną puszkę.
Kiedy byłam już na dachu lekki wietrzyk owiewał moją twarz. Poczułam się...lepiej. Podeszłam do barierki obserwując panoramę Londynu. Budynek ten nie był wybitnie wysoki, ale można było obserwować wielu ludzi co bardzo lubiłam.
Nawet nie wiem gdzie uciekł mi ten czas bo nim się obejrzałam zrobiło się ciemno. Lada moment i zjawi się Nate. Czekam. To naprawdę piękne kiedy w nocy włączają światła. Miasto wygląda po prostu świetnie! Jak bardzo będę za tym tęsknić...
-Jednak przyszłaś. Nie spodziewałem się.- spojrzałam za siebie. Nate celował do mnie pistoletem. Nie przestraszyłam się. Nie, raczej bałam się tylko nie dałam tego po sobie poznać. Wiedziałam, że to mój ostatni dzień. Strzelił.
Ogółem genialnie, ale rzuca mi się w oczy brak przecinków i to bardzo liczny brak... Chodzi o braki przed literą "a" ._. Popełniałam ten sam błąd, a teraz sama upominam :x To się nazywa ironia...
OdpowiedzUsuń