środa, 18 czerwca 2014

Rozdział 1 - Nadya

Rozdział 1 - Śmierć cz. 1 - Nadya Wylla Sherwood


"Jeśli dotąd nie znamy życia, jakże możemy znać śmierć?" - Konfucjusz

  Ten dzień miał być taki jak inne. Kolejny dzień krycia się na obrzeżach miasta. W Londynie nie było ciężko się ukryć, jeśli tylko dobrze znało się wszystkie dzielnice. Ja świetnie dawałam sobie radę. Tylko raz przez te dwa miesiące od mojej ucieczki z psychiatryka mnie zauważono. Cholerny policjant, miał farta. Nawet nie. Zwykły przypadek.
 Dzisiaj jednak czułam coś w kościach. Coś mi mówiło żeby nie iść do mojego starego mieszkania. Które teraz było puste. Nie było w nim mojego starszego brata, opiekuna. Biedny Samuel nie musiał pchać się do mojego pokoju. Wtedy nie byłby teraz spalony. Lepiej brzmi spalony czy tylko nadpalony? Jakby był spalony to chyba by nie żył, a on poza kilkoma bliznami, dobra z "nadpaloną" ręką i częścią pleców ma się dobrze. Uznajmy, że jest nadpalony. Nie napalony. Nigdy nie był.
 I to mnie wysłali do psychiatryka... Jemu też by się to przydało. On walczył, o drugą szanse dla mnie. Idiota! Podpaliłam go, a on chciał mnie oszczędzić. Po co?
 Sammy był teraz w szpitalu. Chyba. Nie za bardzo mnie to obchodzi. Może na niego nie trafie, a jeśli tak to.. najwyżej znowu trochę zapłonie. Ciekawa wizja.
 Idę do mieszkania. Jak zwykle jest w nim pusto. Pusta lodówka, puste szafki. Nie wiem po co tu przyszłam. A tak, po coś to jedzenia. Nie mam talentu do kradzieży. To za dużo pracy. Zrezygnowana idę do swojego pokoju. Tak jak się spodziewałam jest tam moje łóżko, ba nawet wszystkie moje rzeczy. Samuel Henry Sherwood, sentymentalny głupek. Nie tęskniła bym za nim, gdyby spłoną.
 Jestem zmęczona, od kilku tygodni nie spałam w normalnym łóżku. Udawało mi się załatwić noclegi w jakichś domach, pod nieobecność gospodarzy, ale nie zawsze mam farta, raz udało mi się uciec w ostatniej chwili. Wiem, że nawet jeśli Sam wróci do domu i mnie zobaczy nic mi nie zrobi. Dlatego mogę bezpiecznie kimnąć.
 ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Budzę się po około godzinie. Nie budzę się sama. Budzi mnie głos mojej sąsiadki. Słysze ją chociaż znajduję się ona na korytarzu.
 - Ta dziewucha włamała się do domu biednego Samuela - czy mówiłam już o tym jakie to imię jest beznadziejne? - Pewnie znowu chciała mu coś zrobić, ale on jest dzięki Bogu w pracy. - Oho, Sammy znalazł pracę. Jaka nowina!
 Zaraz... Do kogo ona to mówi?Gliny! Chwilę potem słyszę. kroki, szybkie kroki. Kiedy po chwili otwierają się drzwi mojego starego mieszkania ja jestem już na oknie. Poczekam aż wejdą, wtedy skoczę. Drzwi z hukiem uderzają o ścianę, a ja jeszcze posyłam policjantowi promienny uśmiech i skacze. To niezbyt wysoko. Mieszkałam na pierwszym piętrze. jakieś 4-5 metrów. Jednak lądowanie nie jest za wygodne. Czuję jak coś w mojej nodze przeskakuje.
 uciekam co sił w moich nogach, tej obolałej i tej zdrowej. Zaraz za zakrętem widzę radiowozy. Kurwa, ile ja spałam? Policjant z wozu zauważa mnie dopiero kiedy go mijam. Wbiegam w jeden z zaułków. przez ten pośpiech zapominam, że jest ślepym zaułkiem. Mimo to nie poddaję się.
 Biorę rozpęd i gdy doganiają mnie gliny ja już wspinam się na mur, który oddziela mnie od ucieczki. Kolejny raz ląduje na zranionej nodze. Zastanawiam się czy jej nie odciąć, tylko mi zawadza. Dobra, oszczędzę ją. Masz ostatnią szansę, pojebana nogo...
 Wychodzę ze ślepej uliczki i daję sobie chwilę radości i odpoczynku. Idąc wyrywam jakiemuś dzieciakowi lizaka i wrzucam go na ulicę.
 - Idź po to! - rzucam i patrzę na przerażonego chłopca.
 Uśmiecham się i ruszam dalej.
 Nagle słyszę wycie syren. Za wolno! Myślę i znów biegnę jak szalona. Na następnej ulicy jest całkiem pusto. Moje okolice to zawsze było opuszczone miejsce. Jest tu tylko jakiś chłopak. Mogłabym kojarzyć go ze szkoły, gdybym rok temu jej nie rzuciła. Kogoś mi przypomina. Wygląda jak przewodniczący mojej klasy, ten jak mu tam. Nie przypomnę sobie, to było rok temu!
 - Sherwood? - na mój widok zamiera - Przecież cię szukają..
 Odkryłeś Amerykę, z drogi. Ignoruję go i dalej biegnę, tylko truchtam. Kiedy jestem już blisko niego znów odzywają się syreny.
 Nie teraz! Chłopak mnie łapię.
 - Puść mnie, palancie! - wołam i szarpię.
 I pojawia się pierwszy z dwóch radiowozów. Szarpię dalej, zaraz zacznę go błagać.
 - Proszę cię, puść, proszę, proszę, błagam... - widzę że się waha. Jego ręka ześlizguje się z mojej bluzy, a ja prawie posyłam mu dziękczynny uśmiech. Ale wtedy słyszę to.
 Zastanawiacie się czasem, czy przed śmiercią rzeczywiście całe życie przelatuje przed waszymi oczami? U mnie tak nie było. Nawet nie poczułam bólu. Nie wiem dlaczego. Może ból od zawsze był częścią mnie i się przyzwyczaiłam. Może to naprawdę nie bolało, bo było za szybkie. A może po prostu utonęłam w oczach tego, który mnie zatrzymał. Tego który odebrał moje życie.
 Strzały świszczały gdy upadałam. Zdążyłam jeszcze wykrztusić
 - Dla...czego? - do chłopaka który mnie złapał. Ostatnie co miała, zostało mi odebrane. Przez kogoś, kogo imienia nie mogłam sobie przypomnieć. To Oliver Quickwell - uświadamiam sobie. Potem wszystko znika. Zostaje sama w ciemności. Myślę o tym co by było gdybym rok temu nie zostawiła szkoły. Może Oliver by mnie nie złapał. Pozwoliłby mi uciec. I żyłabym.


1 komentarz:

  1. Ogółem rozdział mi się spodobał i zaczyna się ciekawie, ale przeszkadza mi trochę fakt, że w fajnie zbudowane zdania wplątujesz słowa takie jak "gliny" czy "kimnąć" :-) Nie znam się, ale po prostu nie pasują tutaj jakoś... Przepraszam jeśli nie lubisz krytyki, ale będę się czepiać :-D Błędów jak i konstrukcji.

    OdpowiedzUsuń